poniedziałek, 27 lipca 2015

Półki w szafkach kuchennych

       Zapewne nie odkryję Ameryki, ale muszę napisać o półkach, jakie "dorobiłam" sobie w szafkach kuchennych. Kuchnię mam niewysoką, jak wszystkie pomieszczenia w Naszym Domku, ale kuchnia to już wyjątkowo. Meble robione na wymiar, bo inaczej się nie dało. Zainstalowane pod koniec maja. Wiem, że teraz są modne przeróbki starych mebli, samodzielne odnawianie itp., ale ani ja tego nie potrafię, ani moje poprzednie meble się nie nadawały. Napuchnięta około zlewozmywaka płyta, z której były zrobione (MDF) była w stanie agonalnym. Poza tym miałam tam prawie same szafki, a chciałam szuflady, szuflady, szuflady, itd. Ale to chyba się nadaje na osobnego posta...
      Niskie sufity wymuszają pewne rozwiązania otwierania drzwiczek, a uniemożliwiają inne, w związku z tym szafki podzielone zostały na dwie części - dwie półki. Ale to okropne marnotrawstwo przestrzeni! W jednej szafce problem rozwiązał nasz spec od mebli, bo zamontował wymyśloną przeze mnie wąską półeczkę, o właśnie taką...



...ale w innych szafkach już nie było tak  łatwo. (Oczywiście zapomniałam o zrobieniu zdjęć przed, ale nie sądziłam, że będę o tym pisać;))W szafce powyżej, tej na poprzednim zdjęciu, na jednej ściance jest zamaskowana plątanina kabli z podświetlenia, więc nie było do czego mocować półki.


W innej na ścianie wywietrznik do wentylacji grawitacyjnej,  też nie ma do czego przyczepić.

      Ale buszując po różnych stronach, blogach itp, na stronie Ikei znalazłam reklamę metalowych półek ...
                                     zdjęcie pochodzi ze strony Ikei



... i niewiele myśląc szybo wymierzyłam, policzyłam, spakowałam;) Córkę do samochodu, pomknęłam naszą obwodnicą do Ikei, zakupiłam, powojowałam z wkrętakami i jestem z siebie dumna!!!!!


      Powyciągałam szklanki ze szklanek, nienawidzę, gdy tak stoją! Przeniosłam więcej szklanek i  czarki z innego pokoju, pochowane w szafce i wyciągane za każdym razem, gdy mają być galaretki, w końcu są pod ręką...
 



      Tutaj wyeksponowałam dwa mleczniki i moje ulubione białe mini miseczki... 



      Do filiżanek jest łatwiejszy dostęp. Nie grożą wypadnięciem, jak wtedy, gdy stały po 3-4 na sobie...


 
W tej szafce też z  tyłu mogłam pochować kubeczki świąteczne. 

       Półki pomieściły dwa razy więcej kuchennych rupieci, których używamy na co dzień  i jeszcze jest miejsce...
 

Pozdrawiam 
Maremi

wtorek, 21 lipca 2015

Powrót z kolonii

         Moje pociechy wróciły z kolonii. E w środę, M w czwartek. Głucho było w domu bez nich, pusto, cicho, ale taka przerwa jest chyba potrzebna każdemu: i dziecku, i rodzicowi. Tym bardziej, że my raczej jako Rodzina nie rozstajemy się prawie wcale, nie licząc klasowych wycieczek i właśnie wakacyjnych kolonii. Przyznam bez bicia, że taka chwila wytchnienia chyba jednak wszystkim była potrzebna. Dzieci wróciły wypoczęte, opalone i stęsknione!!!

      Idąc wzorem   Doroty, która potrafi przepięknie i oryginalnie uczcić różne chwile z życia rodziny, a której bloga czytam niezmiennie zainteresowana, postanowiłam w jakiś sposób uczcić Ich powrót do domu. U mnie jest zwykle tak,  jak już pisałam w innym poście, że chęci są, pomysły też, ale brakuje tego czegoś w paluszkach, co pozwoliłoby mi osiągnąć taki efekt, o jakim myślałam. Miało być piękniej i w ogóle, ale wyszło tak:



     Ponieważ córunia moja ma obecnie fazę "nienawidzę różu", a "uwielbiam miętę" kombinowałam, aby tak to jakoś pasowało zarówno dla Niej jak i dla Niego;) Dla M zmieniłam tylko imię;) w napisie. Nie obraził się. 




Troszkę słodkości, owoców, ulubiony sok pomarańczowy (dla M cola;)) i najulubieńsze  galaretki!!!









      Zaskoczenie było wielkie, a reakcja syna bezcenna! Mój piętnastolatek lubi być przez mamę rozpieszczany i wtedy nie jest jeszcze takim poważnym nastolatkiem... Jego zachwyt był niezwykły, za to córka nie zareagowała tak spontanicznie i żywiołowo:(((





     Ale moje dzieci są różne pod wieloma względami, nie tylko płci;))) Najlepszym przykładem są kolonie. M pierwszy raz pojechał na kolonie po ukończeniu piątej klasy. Wcześniej nie było mowy, on nie wspominał, ja matka kwoka nie chciałam wypuszczać... Natomiast E  była gotowa wyjechać już w zerówce. I tak naprawdę pierwszy raz pojechała po ukończeniu I klasy, od razu też na ferie zimowe i kolejne dwa razy na kolonie. Widać więc  pewną odmienność osobowości moich Pociech.  Wprawdzie Syn, gdy tylko poczuł zew wolności na koloniach czy obozie, jeździ rokrocznie i niezmiennie zachwycony, ale Siostra pobiła Go jeśli chodzi o ten pierwszy raz o kilka lat! 

    Dlatego też koniec końców nie zdziwiła mnie różnica w reakcjach na powitalne przyjątko. Myślałam tylko, że E będzie bardziej wylewna w reakcjach, a 15latek mniej, a tu surprise! Było odwrotnie. Podobne było jedno - zamówienie obiadu - oboje zgodnie, ale niezależnie od siebie, zażyczyli sobie maminą wersję tortilli.


pozdrawiam
Maremi


P. S. Nauczyłam się powiększać zdjęcia, Boże jaki wstyd.....;))))
                                                                                                               










wtorek, 14 lipca 2015

Podwórkowy plac zabaw.

             Dziś z domu wychodzimy na podwórko. Gdzie z dumą muszę się pochwalić, że  plac zabaw dla naszych dzieci jest dziełem rąk mojego Męża. Naprawdę.  Sam go zbudował!





 

     Oczywiście zjeżdżalnia, czy łańcuchy do huśtawek  zostały zakupione;), ale całość zbudował mój Mąż. Najpierw naoglądał się gotowych konstrukcji na allegro, itp., wydrukował kilka projektów, przegadaliśmy, co byśmy chcieli dla dzieci i rozpoczął budowę... Większość konstrukcji, czyli belki i deski z piaskownicy, została zakupiona, ale np. ścianki domku są z odzysku;) To boazeria z przedpokoju moich teściów;)) Dziś wiem, że powinna być ściślej zabudowana na ściankach, ponieważ gdy wieje wiatr nie można się swobodnie bawić w domku, bo nie jest zbyt przyjemnie. Trzeba było też wykombinować jakieś drzwiczki, ale trudno...  Później ścianki zasłoniłam jeszcze matą bambusową czy jakąś trawiastą, nawet nie wiem dokładnie  i było przytulniej. Ale prawda jest tak, że jak było zimno, to dzieciaki i tak nie chciały się tam bawić. Logiczne nie?



       E miała 2 latka, gdy całość powstała. Jak widać na zdjęciu jest piaskownica, na górze domek i zjeżdżalnia. Są tez dwie huśtawki. Na początku były dwie różne - E miała taką dla mniejszych dzieci - widać na zdjęciu, a gdy podrosła, założyliśmy jej taką samą jak dla M. 

 

     Piasek w piaskownicy był,  że tak powiem  prawdziwy, babki wychodziły z niego rewelacyjne. Przez 8 lat trochę go ubyło... Uznałam, że nie będę już dokupować nowego, bo przecież dzieci mi wyrosły, pewnie z czasem trzeba będzie konstrukcję rozłożyć... A tu nagle w tym roku nastąpiła jakaś swoista reaktywacja piaskownicy: E i jej koleżanki w każdej wolnej chwili bawią się w piasku, najczęściej gotują... Trochę jakbym widziała pewien program telewizyjny: "Wydajemy za 5 minut", "Masz 3 sekundy na zrobienie deseru"... ha, ha ha.

 

       Chcąc uatrakcyjnić dzieciom plac zabaw, kilka lat temu, dokładnie w czerwcu 2011, zdecydowaliśmy się na zakup trampoliny, która okazała się strzałem w dziesiątkę! Był to  prezent na dzień dziecka, na ukończenie przedszkola i za piękne świadectwo syna;) 3 w jednym;)

 

 

    Przez tych kilka lat troszkę trzeba było coś w niej wymienić czy dokupić,  ale sama konstrukcja jest bardzo mocna i trampolina spełnia swoją funkcję i dzieciaki, mimo że większe, nadal są zachwycone.

 

      Z kolei liczba i rodzaje basenów jakie przewinęły się przez nasze podwórko przez 15 lat - wiek syna - jest interesująca;) Zaczęliśmy oczywiście od małych dmuchańców o średnicy chyba 1 metra, później były baseny rozporowe, dmuchane, okrągłe, prostokątne, dostawialiśmy zjeżdżalnię, dostawialiśmy mały basenik do płukania nóżek...  



       A od zeszłego roku w końcu mamy basen na ogrodzie, wydatek spory, utrzymanie czystości wody pracochłonne, ale  mieścimy się w nim swobodnie cała rodziną.  Basen przezimował w garażu zasypany kilogramem mąki ziemniaczanej;))) i udało się. Generalnie mam nadzieję, że jeszcze wytrzyma parę lat. Wydatek spory jak za plastik, gumę, stelaż i sznurek, ale pamiętam, że czasami w ciągu jednego lata dzieciaki z koleżankami i kolegami  rozwalały dwa  baseny rozporowe, więc nie jest źle - już drugi rok mamy ten sam!



      Dzieciaki są zachwycone, ale uwierzcie największą radochę ma mój szanowny Małżonek!!!
 
        Kiedyś jedna z moich ciotek powiedziała, że u nas widać, że dzieciaki są najważniejsze. Przyznam, że nie zrozumiałam do końca o co jej chodzi, ale później przemyślałam sprawę i zaskoczyłam (jak rasowa blondynka), nie "zatrybiłam" do razu ponieważ  zawsze ważniejsza była dla mnie dobra zabawa moich dzieci niż piękny skalniak, kaskada czy fontanna w ogródku;)))) Ale to chyba naturalne...? Kiedy moje pociechy wyrosną zupełnie i ich kuzyni także, z placu zabaw, zapewne przyjdzie czas na kaskady i fontanny;))) Które tak na marginesie pasjami oglądam na cudzych blogach, ogródkach i w marketach budowlanych.  W tym momencie jednak jest wg mnie tak jak powinno być. 
pozdrawiam
Maremi

poniedziałek, 13 lipca 2015

Jak to z oknem w saloniku było...

        Mieszkamy w stary, blisko stuletnim domu poniemieckim. Moja rodzina po zakończeniu wojny znalazła się w kręgu tych "wybranych" przesiedlanych zza Buga. Dotarli do Wrocławia i tu umieszczono ich w opuszczonych  domach. Tam koło Lwowa zostawiali dorobek swojego życia. Podobno dziadek długo wierzył w to, że kiedyś tam wrócą. Inny jego znajomy miał zawsze spakowaną walizkę, tak na wszelki wypadek, gdyby nagle kazali wracać. I my właśnie  mieszkamy w jednym z takich domów. Długo można by opowiadać... To zapewne nadaje się na osobnego posta.

      Dziś chcę jednak pokazać okno w naszym małym saloniku. Małym, ponieważ ten domek jest rzeczywiście niewielki metrażem. Niewiele ponad 80m2. Nieduży, niewysoki, ze skosami na piętrze. Jedynym plusem jest to, że każdy ma tu swój pokój. Wracając jednak do okna. Okna, które do tej pory było tym starym poniemieckim. Naprawdę. Dopiero w tym roku doczekało się wymiany na nowe. Przyczyn było mnóstwo: od tych prozaicznych - finanse - po bardziej przekonujące - może będziemy się rozbudowywać. Pierwotnie nasz salonik był kuchnią, w której mieszkał ktoś inny (do lat 90). Później czekał na lepsze czasy finansowe, a po moim ślubie czekał na rozbudowę, ale plany się pozmieniały i się nie doczekał. 
      
         Wykorzystując tegoroczną komunię córki zmobilizowaliśmy się do działań remontowych, z których jestem bardzo zadowolona - jesteśmy wykończeni psychicznie i finansowo - ale satysfakcja z efektu - bezcenna!!! 
                                  Jeśli wcześniej miało się takie coś....




...to każde inne rozwiązanie będzie rewelacją.

         Szukam nadal pomysłu na parapet, na aranżację, przyznaję, że firaneczka trochę przypadkowo dobrana (taka była w szafie na półce;). Zasłonki nadal te same;(((

       
           Dodatkowo muszę lekko się ścierać z moją mamą, która na oknie widziałaby tylko mnóstwo kwiatów - doniczka przy doniczce - firankę do ziemi, itp. Ja z kolei parapet okienny traktuję jak półeczkę, na której będzie się działo, wcale nie upieram się przy jedynym i słusznym ustawieniu.  





        Taki jest aktualny widok na okno i aranżację na parapecie, ale nadal szukam i będę wdzięczna za każdą sugestię co dodać, co wyrzucić, co przestawić lub dostawić...
Pozdrawiam
Maremi

środa, 8 lipca 2015

Po prostu mnie nosi!

       Stwierdzam, że mam w sobie niespełnione pragnienia i marzenie dotyczące działalności nazwijmy ją "artystyczną" hmm.. Tak z przymrużeniem oka. Po prostu mnie nosi!
      Zawsze lubiłam prace manualne, od małego rysowałam, kolorowałam, uwielbiałam wszystkie prace plastyczne. Teraz, gdy moje własne dzieci proszą mnie o pomoc przy jakichś plakatach lub innych pracach plastycznych, jestem w swoim żywiole. Mogę doradzać, pomagać, czasami coś przyciąć, wyciąć lub pokolorować.  Zdaję sobie jednak sprawę, że moje własne twory nie są doskonałe, oj nie! Daleko im do doskonałości.
  •        Z zazdrością patrzę na piękne kartki scrapbookingowe, wykonane przez uzdolnione blogerki. Próbuję wykonać swoje. I choć efekt niestety zawsze jest daleki od tego, co mi się w głowie marzyło (Bozia dała dużo chęci, ale zdolności jednak o wiele mniej), to jednak, gdy już tę kartkę zrobię jestem z siebie w miarę zadowolona. ;)







  •          Podobnie sprawa ma się z dekoracjami tortów. Uwielbiam te cudne torty angielskie, gdy patrzę na te dzieła sztuki wykonane z masy cukrowej z zachwytu dech mi zapiera. Próbuję po swojemu, ale wiem, że daleko mi do tego, co bym chciała zrobić. Z uporem maniaka próbuję jednak, chociaż  na potrzeby moich dzieci. I przyznam szczerze, gdy one są zadowolone, to dla mnie największe szczęście. 




  •          Kolejne sprawa to pisanki... z wielkim podziwem patrzę na tzw. karczochy, ale wiem, że takich pisanek na pewno nie będę potrafiła zrobić, bo jestem zbyt niecierpliwa!!! Czas i  precyzja poświęcone tym ozdobom wręcz mnie przerażają;) Wymyśliłam sobie inny sposób ozdabiania jajeczek - też wstążki, ale jednak dla mnie o wiele łatwiejszy i wygodniejszy. Pisałam o tym w jednym z pierwszych postów. 


  •      Zdjęcia...Nie znam się na technikach, na filtrach, mam zwykłego Soniaka, ale staram się. Czasami sama jestem zdziwiona, że zdjęcie wyszło takie ładne, ciekawe...







  •   Przeróbki mebli - postarzanie shabby chic. Te meble, ten styl,  są dla mnie po prostu rewelacyjne. Właśnie nosze się z małą "renowacją" szafki na buty, która stoi w naszym przedpokoju. Jak już pokonam wszystkie przeciwności związane z  pracami renowatorskimi;))) pokażę to, co udało mi się zrealizować.
  •       I ostatnie moje ciągle niezrealizowane pragnienie to decoupage. Myślę, myślę, myślę... Może w końcu nadejdzie ten czas...



Pozdrawiam
Maremi